„Gwiezdne Wojny – Przebudzenie Mocy” – złom i holenderska futbolówka (ocena 3/10)

Nie, żebym nie oglądał w
dzieciństwie – w latach 80-tych, czyli największym okresie popularności,
Gwiezdnych Wojen. Naturalnie oglądałem, w dodatku po wystaniu biletu w
kolejce.
Ale nie byłem
tak nakręcony jak wielu moich kumpli z podstawówki, którzy potrafili
godzinami opowiadać o tych wszystkich postaciach, zbierać jakieś figurki
i tworzyć alternatywne scenariusze.
Na
ostatni odcinek (wówczas „Powrót Jedi” 1983 rok) czekałem z wypiekami
na twarzy i nawet wyrwałem się z wakacji z bratem (notabene Ojcem
Założycielem wodaiogien.com) do Otwocka na jakiś seans.

Następne
odcinki mnie już irytowały jako profanacja serii i skok na kasę widza,
więc nawet nie specjalnie oglądałem (no może w telewizji fragmentami).
 
Od
zawsze wiedziałem że coś jest „nie halo” w tym filmie i dopiero
oświecił mnie zupełnie przypadkowo jeden z kandydatów na urząd
Prezydenta RP, jak wszyscy nieprawidłowo interpretują tą w końcu kultową
opowieść filmową.
W związku z nową częścią
nawet przez moment strzelił mi do głowy pomysł, żeby przed premierą
odświeżyć poprzednie wersje, ale szybko uzmysłowiłem sobie, że przecież
lepiej w tym czasie oglądać magiczną grę Portland TrailBlazers.
A jak ktoś nie wierzy ekscentrycznemu politykowi to tutaj ma garść dowodu, że GW (jeszcze ten skrót) to film propagandowy.
Ale dajmy spokój
historii. Nową część można oglądać bez znajomości poprzednich, a jak się
w mojej ocenie okazuje – najlepiej nic nie wiedzieć o poprzednich
epizodach.
Polskie kina chciały więcej zarobić, więc minutę po północy w nocy z czwartku na piątek zorganizowały pierwsze seanse.
 
Zainteresowanie
tymi seansami przeszło chyba najśmielsze oczekiwania, bo obsługa kina
zupełnie nie była przygotowana na takie dzikie tłumy (przez litość nie
napiszę w którym kinie). Do samego wejścia na salę czekało się 20 minut
(i to tylko dlatego że wepchałem się do środka kolejki), a do baru to
pewnie z godzinę. W efekcie seanse zaczęły się nie jak zapowiadano o
północy, ale blisko pół godziny później.
Ale
to nawet dodawało atrakcyjności całemu wydarzeniu, więc jeszcze
bombardowany pierwszymi recenzjami jaki to świetny, dopracowany i
efektowny film, podszedłem z dużą nadzieją do Epizodu 7.
Żeby
był porządek w tej kontrowersyjnej recenzji (dobra wiem – stracimy
miliony czytelników naszego portalu, którzy są fanami Gwiezdnych Wojen)
to napiszę zarówno o tym co mi się nie podobało, jak i o tym co mi się
podobało. Porównanie długości tych dwóch „epizodów” niech będzie
podsumowaniem mojej opinii o „Gwiezdne Wody – Przebudzenie Mocy”.
 
Epizod Jeden: Wady
  1. Fabuła.
    No dobra, to nigdy nie była silna strona Gwiezdnych Wojen i zawsze
    można było się doszukiwać nieścisłości, niedoskonałości i miałkości
    scenariusza. Ale tym razem jest naprawdę fatalnie. Można mieć przede
    wszystkim wrażenie, że przy zupełnym braku pomysłów ściągano rozwiązania
    scenariuszowe z poprzednich epizodów, a nawet innych filmów (Harry
    Potter, adaptacje Tolkiena, a nawet The Wall Alana Parkera). Niektóre
    sceny jakby żywcem zostały przeniesione, szczególnie z jawiącego się z
    perspektywy czasu jako najlepszego, pierwszego Epizodu 4
    zrealizowanego w 1977 roku.
  2. Dialogi.
    Tutaj też nikt nie domaga się żeby było coś na miarę Tarantino, ale
    jakiś poziom powinno się trzymać. Niestety wypowiadane przez bohaterów
    teksty są tak drętwe, że najchętniej opodatkowałbym wynagrodzenie autora
    stawką 75%. Nawet polskie komedie romantyczne mają lepsze interakcje.
    Jak długo szukać równie fatalnych dialogów, na myśl przychodzi mi
    jedynie taki polski film, przez który swoją posadę stracił prezes
    warszawskiej giełdy.
  3. Efekty Specjalne.
    Tutaj już nie może być żadnego usprawiedliwienia, bo to w końcu seria
    która była prekursorem efektów specjalnych w kinie od lat 80-tych.
    Tymczasem jest mocno przeciętnie. Oczywiście są i walki, i miecze
    świetlne, i strzelanie, i statki kosmiczne, i pościgi, a nawet
    zapadająca się ziemia. Tyle tylko że to wszystko było też bez mała 38
    lat temu. A w wersji w 2015 roku nie ma absolutnie żadnego nowego
    pomysłu. Jak w przypadku fabuły wszystko jest wtórne i już wielokrotnie
    wymyślone na kinowych ekranach. Jakby tak rozłożyć sceny na efekty
    pierwsze to zapewne każda miałaby jakiś pierwowzór: jak nie w
    poprzednich epizodach, to w innych filmach (niekoniecznie kultowych).
    Zupełnie nie wykorzystana jest technologia 3D – kilka razy nam statek
    kosmiczny wleci w okulary i tyle (to już nie wiem czy nie lepszy odbiór
    jest wersji 2D). Momenty dynamiczne przez to, zamiast emocjonujące, są
    męczące, trudno nawet zorientować się w tym hałasie i błyskach jak
    wygląda sytuacja bohaterów. No właśnie, bohaterów, przechodzę czym
    prędzej do punktu kolejnego.
  4. Bohaterowie.
    Dobrze że nie jest fanem poprzednich epizodów, bo miałbym mocnego
    porannego kaca (i tak mam). Co by nie powiedzieć, to bohaterowie
    poprzednich serii mieli jakiś urok i wzbudzali sympatię widza. To że nie
    ma ich już wśród żywych, albo gdzieś głęboko się ukrywają nie znaczy,
    że nie można było na ich miejsce wymyślić przynajmniej porównywalnych.
    Tymczasem główną postacią dominującą na ekranie od początku do końca
    jest zbieraczka złomu. Babsztyl tak antypatyczny, że nawet po pięciu
    piwach bym się nią nie zainteresował. Jej partnerem jest typowy
    „przerzut” (czyżby autorzy scenariusze śledzili wątek krakowski na forum
    kibice.net?), którego motywy działania są zupełnie nie wyjaśnione i nie
    przekonujące. W efekcie przez cały film – dla poprawności politycznej
    czarnoskóry – facio waha się, czy się przyznać że był po ciemnej stronie
    mocy, czy się nie przyznać – chociaż każdy mu na każdym kroku
    uświadamia, że i tak wiadomo że kłamie.
  5. Roboty.
    To co naprawdę kochałem w Gwiezdnych Wojen to dwójka robotów: moim
    zdaniem najfajniejsza para w historii kina. W epizodzie siódmym mamy
    robota jednego (drugi się pojawia epizodycznie) jako „reinkarnację”
    gadającego jedynie elektronicznie z poprzednich wersji. Już sam wygląd
    tego nowego przyprawia o „załamkę” – najbardziej kojarzy mi się z
    toczącą się futbolówką z mistrzostw Europy w Holandii przykrytą jakąś okrągłą czapką.
    Jest szansa na uratowanie sytuacji na samym początku, ale zbieraczka
    złomu nie chce go sprzedać za całkiem przyzwoitą cenę 60 porcji (sama za
    swój dzienny zbiór złomu dostaje pół porcji). Przez ta fatalną decyzję
    ten nieśmieszny i wkurzający robocik toczy się przez większość filmu,
    najczęściej wstydliwie chowając się przed kamerą za innymi postaciami.
    PROFANACJA.
  6. Humor.
    Pomimo wielu wad kolejnych epizodów zawsze zachowany był jakiś cień
    humoru i żartobliwego podejścia do problemów. Tutaj zupełnie to
    zatracono. Nie ma w tym filmie ani jednego momentu, w którym możnaby się
    chociażby uśmiechnąć, a odpowiedzialny za humor robot z pkt 5 drażni i
    żenuje. A nie śmieszy.
  7. Długość.
    Nikt się nie przejął, że fabuły było wszystkiego na godzinę, wielki hit
    musi trwać ponad 2 godziny i nikt się nie będzie litował nad tymi
    którym się nie podobał. Niezrozumiałe jest dlaczego nie wyszedłem z kina
    po godzinie (a chciałem po 20 minutach jak poznałem holenderską
    futbolówkę), przez co musiałem jeszcze przeżyć wydłużaną do granic
    możliwości 30 minutową, niepotrzebną końcówkę – rodem jakby z
    najgorszych wzorców Władcy Pierścieni (ale tam jednak coś przed końcówką
    się działo).
Epizod Dwa: Zalety
  1. Harrison Ford.
    Pojawia się po jakiś 30 minutach filmu Han Solo (z kultowym operatorem
    statku) i od razu Epizod 7 łapie trochę klimatu. Niestety tylko na
    chwilę, bo Forda jest w Epizodzie 7 stosunkowo niewiele. A szkoda bo
    mógłby, przynajmniej częściowo, uratować film.
  2. Czarny charakter.
    Do ideału Darth’a Vader’a są co prawda lata świetlne, ale przynajmniej
    ta postać próbuje budować jakiś rys psychologiczny, ma jakieś emocje,
    rozterki, motywacje. Do momentu paradowania w kultowej masce jest
    całkiem dobrze, po zdjęciu troszeczkę gorzej, ale i tak na tle innych
    bohaterów jest tutaj jakiś pomyk nadziei (Nowej Nadziei).
  3. O jejku koniec.
    Prawie koniec, bo największą zaletą tego filmu jest to, że nie mam
    żadnej ale to żadnej ochoty iść na ten film jeszcze raz, przez co będę
    miał więcej czasu żeby oglądać Portland Trail Blazers.

Jak podobała Ci się ta recenzja?

Kliknij i oceń

Średniaocena 0 / 5. Ocena: 0

Bądź pierwszy i zagłosuj

Be the first to write a review

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *