„Tini – nowe życie Violetty” – w klimacie Harlequina (ocena 5/10)

Łukasz Fabiański grając jeszcze w Warszawie został wyczajony jak szedł
do kina (z matką, albo z zoną – sprzeczne są informację) na animację
„Gdzie jest Bambi” przez co dostał ksywkę „bambi”. Strach pomyśleć
jakbym miał przerąbane, jakby ktoś wyczaił że poszedłem z własnej, nie
przymuszonej woli na film „Tini: nowe życie Violetty”.

Publiczność
Nic nie wiedziałem o istnieniu jakieś piosenkarki typu Violetta, ani o
serialu pod tym tytułem, więc byłem wyjątkowym świerzakiem na tym
filmie. Za to bardzo zaciekawił mnie przekrój publiczności: dominowały
nastolatki, ale na przykład za mną siedziała matka z kilkuletnią
dziewczynką, której pytanie najbardziej mi się z całego seansu podobało:
„mamusiu, a czy Violetta żyje? Bo bardzo chciałabym się z nią spotkać”.
Fabuła
Co do fabuły to Violetta dowiaduje się o zdradzie swojego chłopaka (co
zresztą jest nieporozumieniem) i decyduje się przerwać karierę i
wyjechać do rodzinnej miejscowości we Włoszech. Tam poznaje przystojnego
żeglarza i domorosłego tancerza Caio, a tymczasem jej chłopak Leon
zamiast zadzwonić i wyjaśnić sytuację to jedzie pół świata – końcówkę na
rumaka – i dociera akurat jak Viola całuje się (prawie) z Włochem.
Chyba tak właśnie wyciskają łzy popularne Harlequiny, ale nie jestem
pewien bo nie czytałem.
Aktorstwo
Poza tym film nie jest wcale taki zły. Urocze są krajobrazy Włoch.
Całkiem nieźle rozrysowane są postacie. Nawet aktorzy grają nad wyraz
dobrze: Violetta (Martina Stoessel) jest ładniutka, milutka i nie
gwiazdorzy. Caio (Adrian Salzedo) jest przystojny, męski, i całkiem inteligentny. Leon (Jorge Blanco) zagoniony i zdeterminowany. A całość dopełnia świetna rola najbliższej współpracownicy Ludmiły (Mercedes Lambres),
która jest tak roztrzepana, że w kluczowym momencie nie tankuje benzyny
(bo do włoskich aut się chyba nie tankuje). Dobrze wypada również
czarny charakter – czyli niedoszła konkurentka sercowa Melanie (Sofia Carson)
– nawet mnie jej rola zezłościła (inna sprawa że w czasach telefonii komórkowej i
internetu chyba jakoś sprawniej można było wyprostować nieporozumienie
miłosne).
Podsumowanie
Ogólnie więc wizyta w kinie nieszkodliwa, pod warunkiem że nie skutkuję
śmiechem w pracy, jak z Łukasza, który u mnie zapunktował – bardziej niż
po serialu rzutów karnych we Francji. Tym że chodził do kina na animacje.

Jak podobała Ci się ta recenzja?

Kliknij i oceń

Średniaocena 0 / 5. Ocena: 0

Bądź pierwszy i zagłosuj

Be the first to write a review

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *