Wziąłbym nożyczki i uciąłbym 70% – wtedy byłby to film nadający się do oglądania.
W całym filmie jest kilka scen wartościowych, a reszta – potworne nudy. Już pierwsza scena kilkuminutowa – do wywalenia, bo nic się nie dzieje.
Najciekawsze rozkminki odnośnie 11 września, obrona komunistycznego systemu przez babcię oraz kłótnia o parkowanie. Ale tych scen jest wszystkiego 30 minut.
Do „Śmierć Pana Lazarescu„, w którym jednak była konkretna fabuła i emocje, to dzieło Cristi Puiu się nie umywa, i zachwyty nic tutaj nie zmienią.
Zwiastun:
