Hutnik zgaszony Zniczem

Takie mecze bolą wyjątkowo. Hutnik przyjechał do Pruszkowa jako lider II ligi i po osiemnastu minutach prowadził 2:0. Oskar Zawada znów robił swoje, a gospodarze wyglądali na zupełnie pogubionych. Najpierw napastnik biało-błękitno-niebieskich sam rozpoczął akcję, później znalazł się pod polem karnym i otworzył wynik. Kilka minut później pewnie wykorzystał jedenastkę wywalczoną po akcji Mateusza Sowińskiego. Wszystko pachniało kolejnym zwycięstwem i utrzymaniem miejsca na szczycie tabeli.

Przy 2:0 można było zacierać ręce, bo Hutnik miał mecz ułożony pod siebie. Znicz dostał jednak sygnał do powrotu w 24. minucie. Proczek kapitalnym strzałem z rzutu wolnego zmniejszył stratę gospodarzy. Do przerwy biało-błękitno-niebiescy nadal prowadzili 2:1. Miejscowi zaczęli jednak łapać rytm, a po stronie krakowian pojawiło się coraz więcej nerwowości. Pierwsza część wciąż dawała podstawy do wiary, że lider dowiezie korzystny wynik.

Po zmianie stron wszystko zaczęło się sypać. W 62. minucie sędzia podyktował rzut karny po starciu z udziałem Filipa Laskowskiego. Barnowski wykorzystał jedenastkę i doprowadził do remisu. Decyzja arbitra wywołała w ekipie Hutnika ogromne emocje. Krzysztof Świątek miał po meczu pretensje właśnie o tę sytuację i ocenę sędziego. Chwilę później zrobiło się jeszcze gorzej, bo Kazimierczak trafił na 3:2.

Od tego momentu zamiast spokojnego kontrolowania spotkania zaczęła się nerwowa pogoń. Hutnik ruszył po wyrównanie i coraz szerzej otwierał grę. Znicz czekał na swoją okazję, a w doliczonym czasie Nadolski zamknął mecz czwartą bramką. Jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej krakowianie mieli rywala na deskach. Po ostatnim gwizdku zostali bez punktów i bez fotela lidera. Z nieba do piekła w trzy kwadranse pasuje do tego popołudnia aż za dobrze.

Po końcowym gwizdku złość po stronie Hutnika była widoczna. Piłkarze mieli świadomość, że wypuścili z rąk spotkanie, które zaczęli niemal idealnie. Frustrację podkręcała sytuacja z rzutem karnym dla Znicza. Trener Świątek nie krył pretensji do arbitra za tę decyzję. Nerwy były tym większe, że po wyrównaniu gospodarze błyskawicznie poszli za ciosem. Zespół, który jeszcze przed przerwą prowadził i siedział na fotelu lidera, kończył mecz wściekły na wynik, przebieg drugiej połowy i własne błędy.

Skala tej porażki boli dodatkowo przez wcześniejszą defensywną serię. Hutnik w sześciu poprzednich spotkaniach stracił łącznie cztery gole. W Pruszkowie przyjął dokładnie tyle samo w jednym meczu. Jeszcze przed chwilą prowadził 2:0 i kontrolował sytuację w tabeli. Po końcowym gwizdku spadł na trzecie miejsce, choć przez długi czas wszystko układało się po jego myśli. Takich strat punktów przy walce o czołówkę zwyczajnie szkoda podwójnie.

Jest też w tej historii pruszkowski paradoks. Kilka dni wcześniej na tym samym stadionie z Pucharu Polski wyleciała Cracovia. Tym razem miejscowa murawa okazała się bolesna również dla Hutnika. Biało-błękitno-niebiescy przyjechali tu bronić pierwszego miejsca, a wracają do Krakowa na trzeciej pozycji. Różnice w tabeli pozostają jednak minimalne, więc sezon dalej jest otwarty. Teraz całą tę złość trzeba przenieść na sobotni mecz z Zawiszą Bydgoszcz.

Jak podobała Ci się ta recenzja?

Kliknij i oceń

Średniaocena 0 / 5. Ocena: 0

Bądź pierwszy i zagłosuj

Be the first to write a review

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *